środa, 28 września 2011

Turnus rehabilitacyjny w CZD

Od kilku miesięcy nastawialiśmy się na turnus rehabilitacyjny w Centrum Zdrowia Dziecka.
Aby się tam dostać, wykonaliśmy następujące czynności:
1. Poszliśmy do pediatry po skierowanie.
2. Wykorzystaliśmy naszego rehabilitanta, który pracuje w CZD aby dostarczył nam skierowanie i zapisał nas na wizytę kwalifikującą, bo nie chciało nam się jechać przez całe miasto.
3. Pojechaliśmy na wiztytę kwalifikującą, na której notabene dowiedzieliśmy się, że Sebastian jest strasznie słaby, wszystko jest bez sensu i w związku z tym, że jest tak źle, dostaliśmy aż tydzień turnusu rehabilitacyjnego.
4. Okazało się przy okazji, że skierowanie, które dostarczyliśmy było złe i musimy dostarczyć nowe.
5. Poszliśmy do pediatry po nowe skierowanie.
6. Dostarczyliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka nowe skierowanie.
7. Wyznaczono nam datę turnusu.
8. Zadzwoniła do nas pani rehabilitantka z Centrum Zdrowia Dziecka, żeby przełożyć termin turnusu. Po bardzo miłej i bardzo sensownej rozmowie, pani rehabilitantka podobnie do mnie stwierdziła, że tydzień turnusu rehabilitacyjnego to jednak trochę za mało i bez sensu w ogóle zawracać sobie głowę.
9. W związku z powyższym miła pani rehabilitantka na spółkę z naszym teraz już podwójnie wykorzystanym rehabilitantem umówili nas na inny oddział, abyśmy dostali dłuższy turnus.
10. Ponownie pojechaliśy na wizytę kwalifikującą na turnus.
11. Zgodnie z prośbą pani sekretarki, w czwartek przed turnusem zadzwoniliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka dowiedzieć się, o której mamy przyjechać. Bardzo miła pani odpowiedziała, żebyśmy przyjechali na 9.15, bo o 9.30 Sebastian ma zapisane ćwiczenia, więc mamy być parę minut wcześniej, żeby się zarejestrować.

Nawet się zdziwiłam, że ten turnus tak cudnie zorganizowany, że od razu wyznaczyli nam godzinę, że wszystko jest już załatwione i jakie to wygodne dla dzieci i dla rodziców.

Może jeszcze tylko nadmienię, że specjalnie w celu uczęszczania na turnus przeprowadziliśmy się z Sebastianem do mojej babci na Mokotów, od której jest tylko 15 km w jedną stronę (od nas z domu prawie 30km). Sebek ma chorobę lokomocyjną, a poza tym dojazd od nas rano to jakieś 2,5 godziny w jedną stronę, od mojej babci "tylko" 40 min.

W poniedziałek godnie z poleceniem miłej pani, przyjechaliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka na 9.15. Zjechaliśmy windą do piwnicy, gdzie mieści się oddział rehabilitacyjny. Weszliśmy do korytarza i zobaczyliśmy jakieś milion osób z dziećmi w różnym wieku, stojących w pięciu kolejkach i kłócących się o to kto za kim stał.
Na końcu korytarza dojrzałam panie siedzące przy stole i wydające jakieś papierki. Uśmiechnięta i ciesząca się w duchu, że mnie te kolejki nie dotyczą, bo ja już mam wszystko pozałatwiane, podeszłam do pań z naiwnym pytaniem, gdzie mam się udać na ćwiczenia na 9.30.

Oczywiście okazało się, że mam się udać... na koniec jednej kolejki do lekarza, żeby (po raz trzeci) zakwalifikował mnie na turnus, potem na koniec drugiej kolejki do sekretariatu, żeby zapisać się na ćwiczenia (na które już byłam zapisana, ale okazało się, że akurat pani rehabilitantka zachorowała), a potem na koniec trzeciej kolejki do pań na korytarzu żeby umówić pozostałe ćwiczenia.

W związku z tym na 9.30 na ćwiczenia się nie wyrobiliśmy :)

Siedzieliśmy w dusznej piwnicy od godziny 9.15 do 13.00, z tysiącem dzieci, matek, ojców i babć, w tym połowa zakichanych i zakaszlanych. W tym czasie jakieś pięć razy okazywało się, że "pani tu nie stała", a na końcu, że w ostatniej kolejce "mogla pani w ogóle nie stać, bo już jest pani zapisana więc wystarczyło wejść i się zapytać".Dostaliśmy pół godziny ćwiczeń, terapię zajęciową i zajęcia adaptacyjne.
Ćwiczenia przesunęli nam na 12.30, chociaż tłumaczyłam pani, że to bez sensu bo Sebastian nie wytrzyma tylu zajęć i na końcu ćwiczeń, no ale nic to.
Sebastian był zachwycony. Ja też.

We wtorek przyjechaliśmy na turnus.
Pierwsze - zajęcia adaptacyjne: wrzucanie kredek do kubka, wrzucanie klocków do pudełka.
Druga - terapia zajęciowa: śpiewanie przez panią "wlazł kotek na płotek", a Sebek miał płotek rysować. Rysowanie kółek. Zgadywanie kolorów ubranek misiów na obrazkach.
Trzecie i najważniejsze - rehabilitacja ruchowa: Sebastian zasnął na korytarzu czekając na ćwiczenia.

W środę zadzwoniliśmy do pani sekretarki, że z turnusu rezygnujemy, bo Sebastian ma ponad 39 stopni gorączki, co było do przewidzenia zważając na to, jak wyglądał nasz pierwszy dzień turnusu. Ciężko nie zachorować siedząc w piwnicy z tysiącem kaszlących i kichających ludzi.

Trochę ten opis długi, tak jak długie i bezsensowna jest organizacja w placówkach NFZ.
Albo po prostu się czepiam.
Póki co, chyba będziemy ćwiczyć w domu :)

A Sebastian póki co patrzy na świat przez pomarańczowe okulary :)

2 komentarze:

  1. Turnusy w CZD to dla osób potrzebujących STAŁEJ i REGULARNEJ rehabilitacji bzdura :((( (no chyba, że wywalczycie basen, ale to na wiosnę, bo teraz pora roku nieodpowiednia)

    Co do reszty - nie lepiej postarać się o wczesne wspomaganie rozwoju?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałam napisać, że basen wywalczyłam we wtorek, no ale już z niego nie skorzystaliśmy, bo byliśmy zajęci zbijaniem temperatury :)

    Pozostałe zajęcia pani doktor nam chyba zapisała z braku pomysłu, bo jak wiadomo dzieci z SMA są dość inteligentne i Sebastian lekko się nudził rysując na kartce kreski i kółka przez pół godziny ;)

    OdpowiedzUsuń